skład używanych słów

2009-01-02

2008-07-09

pisanie o pisaniu

...przywodzi mi na myśl scenę z Pływającej opery Bartha, w której główny bohater podczas "pierwszego razu" spogląda w lustro i wybucha śmiechem

           A seventeen-year-old boy is insatiable. His lust is a tall weed, which crushed repeatedly under the mower springs up again, green and unbowed. He is easily aroused and quickly satisfied, and easily aroused again. New to the manners of the business, I cried like a baby, bleated like a goat, roared like a lion. The time came, the lesson, when I was stallion indeed. . .
           And then I looked into the mirror on my dresser, beside us -- an unusually large mirror, that gave back our images full-length and life-size -- and there we were: Betty June's face buried in the pillow, her scrawny little buttocks thrust skywards; me gangly as a whippet and braying like an ass. I exploded with laughter!
           "What's the matter?" Betty June asked sharply.
           I tossed and rolled and roared with laughter.
           "I don't see anything funny!"
           I couldn't answer. I couldn't comfort the nervous tears that ran from her, though I swear I tried. I couldn't help her at all, or myself. I bellowed and snorted with laughter, long after Betty June had fumed out of my bed, out of my room, out of my house, for the last time. I laughed through lunch, to Dad's amusement (and subsequent irritation). I laughed that night when I undressed.
           I have said that my experience in the Argonne, not very long afterwards, was the second of two unforgettable demonstrations of my animality. This was the first. Nothing, to me, is so consistently, profoundly, earth-shakingly funny as we animals in the act of mating. Reader, if you are young and would live on love; if in the nights of intercourse you feel that you and your beloved are models for a Phidias -- then don't include among the trappings of your love-nest a good plate mirror. For a mirror can reflect only what it sees, and what it sees is funny.

2008-07-05

Rezydua


Jak tam, coś się pisze? Pisze się jak się myśli. Się by chciało
mówić. Miejsce, rola podmiotu jest przedmiotem walki.

Nic się przydarza za sprawą poezji. Kenoza? Mocne słowa.
Brakujący element, to wszystko. Dość, albo zbyt wiele.

wszystko bowiem co nierealne
bez określonego charakteru
jednak narzuca się
i trzeba się z tym liczyć
bo nigdy nie zostaje
całkowicie przezwyciężone
nawet wówczas gdy
udaje się je znaturalizować

Kto czyta, zabłądzi. Doprawdy? Nie wiem, byle dalej. Prawda
nie leży w jednym śnie, ale w wielu
. W mętnym ośrodku, pomiędzy

duchem a kością, we włóknach rozdartej tkaniny.
Gubię wątek. Trzeba się z tym liczyć. Tymczasem

                        słońce jest pająkiem
rankiem
                    szczelnie zasnuwa świat
                                                                         bez litości
                       dźga nieprzytomną ofiarę

to wystarcza                                             spójrzcie na tę kukłę

zwleka się z posłania
                                          aż do wieczora tańczy
                                                                                       jak na sznurku.

2008-07-03

Wewnętrzne piękno frazy?


schody podperonia, takie polskie cellar door

2008-05-03

Repetytorium



Czego chcesz od nas Panie za Twe hojne dary?
Ontogeneza powtarza filogenezę, nie odwrotnie.
Przeciwne strony mają jeden wyraz. Kapitalne
zdania obrębione koronką technicznych zwrotów:

nicht als, als ob. Czyż nie zostaniemy zbawieni
od spekulacji? Trzeba speca od łatania martwych
języków. Szklane sny, w nadbużańskim piasku,
pod kapliczką pradziadka - to są nasi zmarli.

Tam twój początek. Nie ma po nim śladu.
What's in a name, Pajączku? Splecione
przeznaczenia, pole znaków, skarb?


Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?
Historia się powtarza, in & out. Nie odwrotnie?
Przedziwne strony mają jeden wyraz. Kapitanie,
zadanie wykonane, tylko odpaść, serią zwrotów,

iść w hals, al segno. Czyż nie zostaliśmy zwabieni
do spekulacji? Podkręcone tropy, splątane odbicia,
trzy dni lub dziewięć miesięcy, trans, mutacja.
Żadnych symetrycznych rozwiązań! Oto zmarli

powracają do początku. Nie zostawią śladów,
mapy, ani kodu. Skarb zgubiono w polu.
Tajemnica istnienia jest skradzionym listem.


Bug, wieś, kapliczka. Szklane ślady. Dary
zmarłych. W liście zabawne zwroty. Początek
i koniec języka. Splot. Jawny sekret historii:
wdech, wydech. Odwrót? Nie. Brak miary.

2008-03-21

W stronę Blooma


Powtórna lektura Ulissesa (a minęło jakieś 10-12 lat) to nie tylko - czego jestem pewien - lektura o wiele pełniejsza i wnikliwa, ale też i obfitująca w zupełnie odmienne wrażenia. Czytając poraz pierwszy Joyce'a (mam tu na myśli również połknięty w mniej więcej podobnym czasie Portret) wręcz zachłystywałem się napływającymi obrazami, odczuwając bardzo zmysłowo (niemal, chciałoby się rzec, synestezyjnie, chociaż to zdecydowanie zbyt mocne słowo, niemniej jednak czytając czułem się nieraz jakbym dosłowanie nurkował) każdy kolejny akapit. Dziś postrzegam wyraźniej i smakuję przede wszystkim strukturę i konstrukcję zarówno całego dzieła, jak i poszczególnych epizodów (i zdecydowanie nie mam tu na myśli faktu że w międzyczasie to i owo o joysowskim arcydziele się przeczytało, tylko rzeczywisty sposób lektury).

Możnaby, na marginesie, dorzucić, że po przebrnięciu przez jazdy pynchonowskie tudzież burroughsowskie, w odlotach ullisesowych odnajduje się... nie tyle spokój czy umiarkowanie ale jakby poczucie że w tym szaleństwie JEST metoda ;].

Najbardziej jednak, po latach, zmienił się mój ogląd głównych bohaterów książki. Młodzieńcem będąc skupiłem się, w dość oczywisty sposób (ach te bon moty, bezkompromisowość, oryginalność ;]) na partiach Stefana. Dziś z przejęciem i większym zainteresowaniem wnikam w perypetie nerkolubnego Leopolda, z jego nieustannymi mglistymi planami i pomysłami, paranaukowymi pasjami i poglądami, seksualnymi obsesjami i potyczkami. Dojrzewa się? Starzeje? Well...

I tak, pod kątem wieku będąc gdzieś w pół drogi między bohaterami książki, którą bez wahania nazwę najważniejszą lekturą mojej młodości, zastanawiam się jak będzie mi się czytać Ulissesa za kolejne 10 lat.

2008-02-25

SS Poetica


Soczewka skupia.
Igła ślizga się po winylu.
A co robi ja?



Parnassius apollo sięga po nektar gębowym aparatem. Sygnał startera
podrywa do biegu sportowców. Elektromagnesy odchylają wiązkę.
Z przedustanowionym spotykamy się wszędzie. Teraz wyostrz.

Ekstrakcja postępuje planowo. Słowa odrywane od rzeczy osiągają
odmienne stany skupienia. Wiązka faktów rozpada się na włókna.
Indukcja zawodzi. Dedukcja wtóruje. Produkcja trwa. Yessir.

Refrakcja następuje miarowo. Słowa rozrywane na rzeczy posuwają
w odmienne strony zdziwienia. Sygnał przekracza próg. Wypełnia
pasmo. Pożera kanał. Do zwrotu. Kondensacja. Znaczące rozprężenie.

Atrakcja występuje stylowo. Słowa rozgrywanych narzeczy zasnuwają
odmiennie strefy marzenia. Aparatura lokalizuje echa zdarzeń. Ślady
cząstek w komorze. Noiseware w ciągłej aktualizacji. Aye aye, skipper.

2008-01-29

la derniere rumba



ten raz, ostatni raz
jeszcze raz, ten jeden raz

Ostatnia jazda ostatnim autobusem. Linie obsługuje zakład.
Spakować ostatki, ostatecznie zamknąć ostatni rozdział.

O, statecznie podążyć w obszar nowych zdumień, podjąć zakład,
znowu zagrać o stawki, wykreślić nowe linie. Pakuj się i jazda.

ja mam ostatnie słowo
ty masz ostatnie słowo
my mamy ..?

nie ma my

2007-11-28

Return vol. I




Czy wyobraźnię karmić nam sądzono
Kobietą już zdobytą czy straconą?


To, co być mogło, i to, co być może,
Razem się splata w krętym marzeń wzorze.

Pomyśl: któż jest w stanie
słusznie zdać sprawę
z prawideł własnych fikcji?

        Jeno widzami jesteśmy w onym theatrum, senor Kabalisto.
Powiesz,
        że można zawsze wykorzystać gotowe
formuły,
        klucząc, schronić się w staccatto terminów,
splątać
        ścieżki tradycji. Lecz cóż to za kryjówka,

                        pośrodku zatłoczonego placu?

Kolejne rozdanie nic tu nie zmieni,
Jest jednak moment kiedy spoza cieni,

Nagle wygląda skrawek samej rzeczy*,
Przynosząc rozkosz lub coś co niweczy

Rozkosz u źródła: koszmar przytomności.
Człowiek nie zniesie wiele realności.

Zrozumieć trzeba właściwie to zdanie.
Fantazja nie ucieczką, jest z a d a n i e m.



_______________________

* Pozwól, że dla objaśnienia posłużę się pewnym przykładem. Wyobraź sobie morze, zimą. Tak, może być to Bałtyk,
tej szczególnie ostrej zimy, kiedy spędzałeś całe ferie u ojca w Sopocie.
        Prawie codziennie chodziliście na długie spacery, nieodmiennie kończące się na plaży. Zima była naprawdę ostra,
pamiętasz? Lód skuł powierzchnię wody na dobre kilkanaście metrów od brzegu. Wielu ludzi wchodziło na białą taflę,
biegały tam psy, dzieci staczały bitwy na śnieżki. Nie ty. Nigdy nie postawiłeś na nim stopy. Nawet zanim to się stało.
        Tego dnia, pod koniec ferii, poszliście tam znowu. Było już nieco cieplej, odłamy kry zaczynały odrywać się od tafli
lodu i uciekać w morze. Dorośli nie pozwalali już dzieciom oddalać się od brzegu. Sami też nie ryzykowali wejścia na lód.
Jednak tego dnia ten facet był tam, szedł parę metrów od brzegu.
        Mieliście właśnie zawrócić i ruszyć w stronę domu, gdy lód zaczął pękać. W jednej chwili tafla zmieniła się w
zachodzące na siebie, zderzające się, rozchybotane kry. Nie zważając na niewesołą perspektywę skąpania się
w lodowatej wodzie, facet zaczął skakać z kry na krę, w dalszym ciągu poruszając się równolegle do brzegu, a
nawet zataczając niewielkie kółka. Jęk przestrachu zamarł ci w gardle gdy z fascynacją obserwowałeś jego poczynania.
        Ruch lodu stawał się coraz bardziej skomplikowany. Rozchwiane pod ciężarem skaczącego mężczyzny kry zderzały się,
oddalały się od siebie w jednym miejscu by zgromadzić się w drugim. On też musiał to zauważyć. (Myśląc o tym później
doszedłeś do wniosku, że właśnie to bawiło go w tej sytuacji, dlatego nie śpieszył wcale na brzeg). Nagle zatrzymał się,
wpatrzony w zmienny wzór kreślony przez białe plamy poprzecinane czarną niczym atrament wodą. Przez niesłychanie długą,
jak ci się zdawało, chwilę, zastygł tak, a wokół niego zamierało drganie lodu i wody, gdy niespodzianie kra wypiętrzyła się
tuż obok jego lewej stopy, wynosząc go w górę, a zarazem otwierając ciemny przestwór po przeciwnej stronie jego osoby. Teraz... Słucham?
Że nigdy nie byłeś zimą nad morzem? A twój ojciec nigdy nie był z tobą na spacerze?
Nie szkodzi. Ot, zawodność empirii. To nie musi być Bałtyk, może jakieś inne imperium?

2007-11-26

Refleksje

                                                                   A może jeszcze po małym?

0
Po długiej w noc rozmowie ze znajomym poetą dochodzę do przekonania,
że nigdy nie zostanę poetą
nie tylko dlatego że coraz słabiej toleruję piwo i dym papierosowy
ale również
a może przede wszystkim
dlatego że z klasycznej trójcy platońskiej zdecydowanie wybieram prawdę
daleko przed pięknem (o dobru nie ma co nawet gadać).


30
Po wideo dorzucam nocą, z kretesem, bambetle arkanem. Niesłusznie wżeram się
do tego by mieć na końcu języka akord. Nigdy apetycznym poetą
nie eksploatować, dlatego akord. Wyciskając siódme poty słabiej flizuję - obserwacja i unowocześnianie (o Jezu!
ale kopulacja.) -
żyworództwo może mięknąć,
dlatego akord. Całość klasycznej ewangelii platońskiej, zdecydowanie. Cyklop myli:
daleko mięsne oczepiny, o głos położenia, nawet tercjarz.


20
Obciągać długo. Dorzucać, podbuntować rozmowę. Ze znajomym poetą dojść
wędkująco przekonania: Że (podkreślenie) nie zostanę niesłuszny.
Popromienna tylko widoczność. Że coraz karłowacieję. Toleruję piwo, system, dym papierosowy
(źrebięcy również)
a priorytetowo przede wszystkim
widoczność. Że całe siadanie trójcy platońskiej. Barter wybieram mylny,
wnioskowanie przed pięknem. Poborowy dobry, nie ma co, posiadł gadane.

2007-10-17

albo albo



Albo wir rzeczy splecionych z sobą wzajemnie, a wnet rozprószonych, albo jedność i ład, i opatrzność. Jeżeli więc przyjmę to pierwsze, to po cóż pragnę kołatać się w bezładnym takim chaosie i wirze? Cóż innego może mię obchodzić jak chyba to, że kiedyś stanę się ziemią? Dlaczegóż się niepokoję? Przyjdzie na mnie chwila przemiany w pył, cokolwiek bym robił. A jeżeli drugie jest prawdą, oddaję cześć i stoję mocno przy rządcy świata, i ufam.

2007-09-29

Szibbolet



Znaki na niebie i na ziemi. Światła.
niech Bóg ma cię w swojej opiece
Cykady grają, jakby były sztuczne.

tres jolie! jaki śmieszny akcent
W odległej strefie całoroczne lato,
zamiast jakości tylko stylizacja.

Przejścia. Co dziwnego w fakcie,
że wszystko ma swój początek i koniec?
i oby twoją podróż zwieńczył sukces

2007-08-10

Punkt potrójny



I. Nocny baton

Dobrze po dwudziestej drugiej, upał trzyma.
Płuca pełne dymu, głowa słówek, a rozmowa
krąży wokół spraw naprawdę mało ważnych.
Płyną media, z rąk do rąk. Tackę spracowanej
nagrywarki znienacka atakuje kot.

II. Uwagi na temat symbolizmu mięczaków

Ciało zanurzone w cieczy traci
czas na przelewaniu z pustego w próżne.
Zamykam oczy. Świst wiatru, biały piasek,
i jej uśmiech. Wydmy w Białogórze. Jesteś
pewien, że pamiętasz jak to było naprawdę?

III. Ostateczne rozwiązanie

Ostatecznie nie było to wcale takie trudne,
rzecz cała odbyła się właściwie bez słowa.
(Słowa nic nie znaczą wobec nagich faktów.)
Cięcie. Nowe rozdanie. Relokacja ciał.
Znów śpię w swoim łóżku.

2007-07-07

Rekonesans vol. II



                      They love not poison that do poison need.



Tonight we sail for Singapore. Co mamy czynić,
abyśmy zostali zabawieni, Panowie? Zawsze można
pierdolnąć kwasa i iść do "Sofii", jak mówi Poeta,
ale dzisiaj użyjemy broni konwencjonalnej.

Wyruchał nas pośrednik: Nie ma towal. Psyjć
f piontek
. Nic to. Do mądrości dążymy krętymi
ścieżkami nierozumu, zanurzeni w trzykroćwielką
zieloność semantycznych nadużyć. Rupietkowe jaźwie.

Mozół zażartych słownych zmagań. Dare to be
stupid
! Powiedz, co jest w życiu ważne? Czyście byli
kiedykolwiek religijni, tak naprawdę? Przyjaciele,
źle widzicie
. Chwila nieuwagi, i lądujesz na kozetce,

u doktora Kerna. Gdzie to było, siostro? Wissen Sie?
Dokąd powinienem zmierzać? (- Czy pana nie nudzi
ten cały patos, którego tak nadużywa nasz gospodarz?)
Dosyć pytań. Dwa strzały i lecimy. Nic tu po nas.

Senny środek komunikacji, bez początku i końca.
Autobus krąży, wpisując się w pusty kontur miasta,
kreśląc nową trajektorię. Obszar nowych zdumień.
(- O, tylko proszę bez zwierzeń.) Make your move.

2007-07-05

Kartka z podróży. Przystanek dziewiąty

Człowiek o jednakowych zębach




[str. 97/8]
Potrafi tylko powtarzać, że wszystko jest moim wymysłem, pomyślał. Twierdzi, że się mylę, ale nie poda żadnego dowodu, który byłby do przyjęcia dla racjonalnie myslącego człowieka, dla naukowca. Co mówi do mnie moja żona? Twierdzi, że nie potrafię odkryć innej rzeczywistości poza swoją własną. Jak mam odpowiedzieć na taki zarzut?
Ze strachem uświadomił sobie, że nie potrafi. Zawsze będzie się obawiał, czy ona nie ma czasem racji.
Co to za wstrętny, niegodziwy i typowo kobiecy argument, pomyślał. Jakie to podłe z jej strony, że używa go wobec mnie. Chyba że ma rację. Mój Boże, pomyślał. Wystarczy, że po niego sięgnie i od razu zbija mnie z tropu, kończąc całą dyskusję. Jak mam sobie poradzić w takiej sytuacji? Im więcej mówię, im bardziej się złoszczę, tym mocniej udowadniam, że racja leży po jej stronie.



Plan podróży

obrazek znaleziony tutaj

2007-06-29

Kartka z podróży. Przystanek ósmy.

Confessions of a Crap Artist

[str.7 Mówi Jack Isidore.]
Jestem zrobiony z wody. Nie zorientowalibyście się, ponieważ mam tę wodę w środku. Moi znajomi też są z wody. Wszyscy. Nasz problem polega na tym, że musimy poruszać się tak, żeby nie wsiąknąc w ziemię, a jednocześnie zarabiać na życie. Właściwie to jest jeszcze jeden, większy kłopot. Czujemy się obco, gdziekolwiek byśmy się znaleźli. Dlaczego tak jest?
[Pierwszy rozdział, pierwsza strona, pierwszy akapit. Nokaut.]

[str. 43/4, siostra Jacka]
Złapałam go za ramię i zaczęłam potrząsać tak jak wtedy, kiedy byłam mała, bardzo mała i pierwszy raz usłyszałam, jak wypluwa z siebie te śmieci, które wypełniały jego głowę. Wtedy to z rozdrażnieniem i strachem zrozumiałam, że Jack ma w ten sposób pokręcony mózg - jeśli ma wybrać między faktami a fikcją, to zawsze wybierze fikcję, a postawiony między zdrowym rozsądkiem a głupotą, zdecyduje się na głupotę. Rozumiał, że istnieje między nimi różnica, lecz wybierał śmieci i systematycznie się nimi napychał. Zupełnie jak jakiś średniowieczny dziwak, uczący się na pamięć tych absurdów, z których święty Tomasz z Akwinu zbudował swoją chwiejną i fałszywą teorię na temat wszechświata, która zawaliła się w końcu, zostawiając po sobie tylko niewielkie obszary intelektualnego bagna, takie na przykład jak w mózgu mojego brata.

[str. 264 Mówi Jack Isidore.]
W autobusie zacząłem się zastanawiać, jak by tu znaleśźć najlepszego psychoanalityka. W końcu postanowiłem spisać sobie nazwiska wszystkich psychiatrów praktykujących w miastach nad zatoką i kolejno ich odwiedzać. Zacząłem sobie w myślach układać kwestionariusz, który dam im do wypełnienia: ilu mieli pacjentów, liczba wyleczeń, liczba porażek, czas trwania terapii, liczba częściowych wyleczeń i tak dalej. Na podstawie tych kwestionariuszy będę mógł sobie narysować wykres i obliczy, jaki lekarz mógłby mi pomóc.
Doszedłem do wniosku, że powienienem przynajmniej mądrze wydać pieniądze Charleya, zamiast przepuścić je na jakiegoś szarlatana. Biorąc pod uwagę decyzje, które podejmowałem w przeszłości, wydej się dość oczywiste, że umiejętność oceny sytuacji nie należy do moich mocnych stron.

[Pierdolnięcie na sam koniec.]

Plan podróży

obrazek znaleziony tutaj

2007-06-25

Spotkanie 5



Warsaw by night. Nie jest łatwo znaleźć
miejsce, gdzie moglibyśmy się spotkać,
nad szklanką piwa albo filiżanką kawy.

Czasu jednak jest dosyć, chodźmy dalej
w miasto. Szczerzą się szyderczo neony
kebab 24 h. Z plakatu spogląda za nami

Rosario, dziewczynka z nożyczkami.
Łatwiej jest zabijać niż kochać, parcero.
Co nas czeka? Wiemy czym jesteśmy,

nie wiemy czym możemy się stać. Na języku
smak melona, miękkie wargi - lecz przecież
jeszcze tego nie znam. To nie dziś. Nie tutaj.

Nie przy pomidorach
. Lekko oszołomiony
sytuacją, nie myślę o miejscu i czasie.
Wiem tylko czego chcę. Czy to mało?

2007-06-01

Kartka z podróży. Przystanek siódmy


Niewiele da się powiedzieć dobrego o Doktorze Futurity. Książka która jest właściwie przerośniętym opowiadaniem, z pogmatwaną i absurdalną akcją, idiotycznymi postaciami, kretyńską scenografią i niebywale nieciekawymi jak na Dicka rozwiązaniami. Jedyny plus to konsekwentne rozegranie paradoksu czasowego.


[str. 120]
- Musisz zrozumieć, że nie jesteśmy ignorantami. Zdajemy sobie sprawę z istnienia tyh niebezpieczeństw - odparła Loris. - Od czasów mojego ojca trwają nieustanne badania skutków zmiany przeszłości. Przyglądamy się, jak przebiegałyby procesy historyczne po najmniejszych nawet zmianach. Istnieje ogólna tendencja, aby większość z nich pozostawić ich własnemu biegowi. Trzeba okreslić poziom zmian. Oddziaływanie na daleką przyszłość jest prawie niemożliwe. To tak jak z kamieniem rzuconym do wody. Na powierzchni pojawiają się koła, które rozchodzą się coraz dalej, aż wreszczie giną. By dokonać tego, co zamierzamy, musielibyśmy zgładzić piętnascie lub szesnaście osób spośród głównych postaci historycznych. Mimo to nie nastąpiłby mierzch europejskiej cywilizacji. Zmiany nie byłyby na tyle fundamentalne. Zakładamy, że nadal istniałyby telefony, samochody czy Voltaire.

Plan podróży

obrazek znaleziony tutaj

2007-05-30

Kartka z podróży. Przystanek szósty.

Na terenie Miltona Lumky




Plan podróży

obrazek znaleziony tutaj

2007-05-27

Kartka z podróży. Przystanek piąty.

Czas poza czasem





Plan podróży

obrazek znaleziony tutaj